top of page

Bahamy na największym statku świata - Marta Nowicka

Zaktualizowano: 15 lut

Czy można połączyć luksus pięciogwiazdkowego hotelu, emocje z odkrywania karaibskich wysp i poczucie, że podróżujesz pływającym miastem większym niż Titanic? Ja sprawdziłam to na własnej skórze, wybierając się w rejs na Icon of the Seas - największym statku wycieczkowym świata. To podróż, która okazała się spełnieniem marzeń i jedną z najpiękniejszych przygód mojego życia.


Marzenie, które narodziło się w Miami

Choć od dawna myślałam o rejsie statkiem, to marzenia te nigdy nie były sprecyzowane. Brzmiało to jak coś pięknego, ale odległego, raczej „kiedyś”, niż „już teraz”. Pomysł tegorocznej podróży narodził się rok temu, kiedy po raz pierwszy byłam w Miami. Podczas kilku rejsów wzdłuż portu zobaczyłam statek, który właśnie wtedy został zwodowany, Icon of the Seas. Stał majestatycznie przy nabrzeżu, nowiutki, pachnący świeżością i od razu pomyślałam: „Tak, tym statkiem muszę popłynąć”. Rok później moje marzenie spełniło się.

Key West - na końcu Ameryki

Zanim jednak wyruszyłam w karaibski rejs, ponownie odwiedziłam Key West, które wciąż mnie urzeka swoim tropikalnym klimatem. To miejsce, gdzie historia miesza się z beztroską. Spacerowałam wąskimi uliczkami, odwiedziłam USCGC Ingham Maritime Museum, czyli dawny statek wojenny z czasów II wojny światowej, oraz miejski cmentarz, na którym spoczywają m.in. żołnierze polegli w obronie swojego kraju. Zatrzymałam się również przy znaku „Mile 0”, symbolicznie rozpoczynającym słynną trasę U.S. Highway 1.

Kilka dni w Key West pozwoliło mi na nowo poczuć jego niepowtarzalną atmosferę, ale wiedziałam, że prawdziwa przygoda dopiero się zaczyna.

Key Biscayne - cisza przed wielką podróżą

Po kilku dniach wróciliśmy do Key Biscayne, gdzie nocowaliśmy zaraz po wylądowaniu w Stanach. Tym razem mieliśmy więcej czasu, aby pospacerować po okolicy i zajrzeć do kilku lokalnych knajpek. To naprawdę bardzo spokojna dzielnica, wręcz cicha jak na Florydę. Co ciekawe, nie widziałam tych super ekskluzywnych rezydencji, o których się tyle mówi. Może są w innej części wyspy… albo dobrze ukryte za zielenią.

Key Biscayne to niewielka wyspa połączona z Miami mostem Rickenbacker Causeway o długości ok. 8,7 km. Jest droższa niż samo Miami czy nawet Miami Beach, ale ma zupełnie inny klimat, bez zgiełku, z dużą ilością zieleni i spokojnymi plażami. Co ciekawe, mimo prestiżu tej lokalizacji, na ulicach często… nikogo nie ma! Może to kwestia pory dnia, a może mieszkańcy cenią tu prywatność bardziej niż gdziekolwiek indziej.


Pływające miasto większe niż Titanic

Dopiero stąd ruszyliśmy w stronę największej atrakcji naszej podróży – rejsu największym statkiem świata.

Icon of the Seas to gigant, ma 365 metrów długości, 20 pokładów, 118 metrów wysokości i ponad 10 tysięcy osób na pokładzie. A jednocześnie to pływające miasto, które zachwyca dbałością o szczegóły. Wciąż pachniał nowością, nic dziwnego, skoro od jego pierwszego rejsu minął zaledwie rok. Na każdym kroku czuć było świeżość, nowoczesność i przemyślany design.

Na statku znajdziesz wszystko: największy na świecie aquapark (z sześcioma zjeżdżalniami), 10 basenów, w tym jedyny na świecie basen infinity na statku, lodowisko, 3 teatry, zielony Central Park pełen kawiarenek i sklepów, a także ponad 40 restauracji i barów, które każdego dnia zużywają… 12 ton jedzenia. Do wyboru są kabiny z balkonami, z widokiem na ocean lub na park. Spacerując po pokładach miałam wrażenie, że to nie rejs, a pobyt w luksusowym, futurystycznym mieście.

Moje zaskoczenia

Nie sposób opisać tego rejsu bez wspomnienia o tym, co naprawdę robiło wrażenie. Największym zaskoczeniem była kuchnia. Każdy posiłek przypominał wizytę w wykwintnej restauracji. Obsługa serdeczna i uśmiechnięta, sprawiała, że każdy czuł się wyjątkowo. Wieczorne występy teatralne i pokazy na lodzie były na poziomie, który dorównałby wielkim metropoliom. Moja kabina bardziej przypominała pokój w eleganckim hotelu niż statek, a wszystko było urządzone z niezwykłą dbałością o komfort pasażerów. Na statku były też aż cztery Starbucksy, największe kasyno, jakie kiedykolwiek widziałam, dwanaście superszybkich wind, które niwelowały kolejki, a także perfekcyjna organizacja wejść i zejść ze statku. Z minusów - tłok w basenach i jacuzzi, co przy tylu pasażerach było nieuniknione. Ale przy takiej ilości atrakcji szybko się o tym zapominało. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie też centrum medyczne, profesjonalne, z wieloma specjalistami, większe niż niejedna polska przychodnia. To dawało poczucie ogromnego bezpieczeństwa, zwłaszcza płynąc pośrodku oceanu.


Karaibskie przystanki

Saint Thomas

Pierwszym przystankiem był St. Thomas na Wyspach Dziewiczych Stanów Zjednoczonych (U.S. Virgin Islands). Stolica, Charlotte Amalie, zaskoczyła mnie swoją prostotą. Spodziewałam się więcej amerykańskiego przepychu, a zobaczyłam raczej biedniejsze oblicze wyspy. Wybraliśmy się kolejką linową St. Thomas Skyride, skąd rozciągała się panorama na port i nasz statek, a potem odpoczywaliśmy na pięknej plaży Brewers Bay. To tam spełniłam swoje podróżnicze marzenie. Pływałam wśród żółwi morskich, które leniwie żerowały na dnie. Były tak spokojne i chyba oswojone z widokiem ludzi, że kilka udało mi się delikatnie dotknąć. Obok mnie przepłynęła też całkiem sporych rozmiarów płaszczka. Bardzo przyjemny był również spacer po klimatycznym Starym Mieście, z wąskimi uliczkami, kolorowymi fasadami i małymi sklepikami z lokalnym rzemiosłem. Czułam się tam, jakby czas płynął wolniej, to właśnie takie miejsca lubię najbardziej.

Puerto Rico

Kolejny dzień upłynął nam na rejsie, natomiast pojutrze przyniosło wizytę w San Juan, stolicy Portoryko. To był najbardziej upalny dzień rejsu, ponad 40 stopni w słońcu. Mimo tego zwiedziliśmy monumentalną fortecę Castillo San Felipe del Morro, strzegącą wejścia do portu od XVI wieku, oraz równie imponującą twierdzę Castillo San Cristóbal. Plac Plaza de Colón tętnił życiem, wokół fontanny spotykali się mieszkańcy i turyści, a kolorowe kamienice tworzyły malownicze tło dla tej historycznej przestrzeni.

Perfect Day at CocoCay, Bahamas

Szóstego dnia dopłynęliśmy do miejsca, o którym marzyłam od dawna - Bahamy. Już od rana zza okna widać było biel piasku i turkus morza. Naszym celem była CocoCay, prywatna wyspa należąca do Royal Caribbean, firmy, do której należy również statek. To prawdziwy raj, połączenie naturalnych plaż i wodnego parku rozrywki. Spędziliśmy tu cały dzień, kąpiele w morzu, laguny, hamaki pod palmami i snorkeling. Spotkaliśmy płaszczki, a nawet małego rekina, co wzbudziło emocje, ale tylko na chwilę.


Czy taki rejs jest dla każdego?

To zależy od wielu rzeczy, ale moim zdaniem zdecydowanie tak. To rejs zarówno dla osób wygodnych, które nie chcą co kilka dni przepakowywać walizek i przemieszczać się między krajami, a jednocześnie cenią sobie luksus i komfort. Ale także dla tych, którzy lubią intensywne podróże i chcą w krótkim czasie zobaczyć jak najwięcej.


Refleksja na koniec

Ten rejs był jednym z najpiękniejszych podróżniczych doświadczeń mojego życia. Icon of the Seas - statek, który dopiero rok temu zaczął pływać - okazał się pływającym cudem techniki, a karaibskie wyspy bajkowymi przystankami pełnymi emocji, smaków i kolorów.

Ale choć podróż była długa i intensywna, zawsze cieszę się z powrotu do domu. Bo każda wyprawa, niezależnie od tego, dokąd mnie prowadzi, przypomina mi, że spełnianie marzeń jest najpiękniejszą częścią życia.


Marta Nowicka - podróżniczka @ja–w–swiecie


Komentarze


bottom of page